Perkusista The Rolling Stones zmarł w 30 czerwca premierę będzie miało specjalne wydawnictwo "Anthology" podsumowujące jazzowe oblicze Charliego Wattsa. Charlie Watts: Perkusista The Rolling
Charlie, perkusista zespołu The Rolling Stones (z 1941, chory na raka) Bartkowski: Czesław zwany Małym, ur, 1943, perkusista jazzowy, grał w zespole K.Komedy: Webb: William Henry (Chick), 1907-39, amerykański perkusista jazzowy, prowadził znaną orkiestrę w Haarlemie: Bartz
Ciężko nadążyć za tym facetem i nie chodzi tu bynajmniej o grę na bębnach Wywiad z Inferno - Zbigniew Promiński, gdzie muzyk pierwszy raz publicznie opisuje bliżej swoje najnowsze, wyjątkowe
Perkusista miał 67 lat - Muzyka. Nie żyje perkusista Eryk Kulm. Miał 67 lat. Zmarł Eryk Kulm, polski perkusista jazzowy. Miał 67 lat. Informację o śmierci muzyka przekazał w mediach społecznościowych jego syn. Eryk Kulm był perkusistą jazzowym i założycielem zespołu Eryk Kulm Quintessence. Pochodził ze środowiska gdańskich
Gościem Polskich Nagrań była Wiktoria Jakubowska - perkusistka i flecistka, występująca z takimi przedstawicielami polskiej sceny muzycznej jak: Paulina Przy
Legendarny perkusista zespołu The Rolling Stones – Charlie Watts – nie żyje. Kilka tygodni temu trafił do szpitala z powodu konieczności wykonania nieplanowanej operacji. 80-letni perkusista The Rolling Stones, Charlie Watts, nie żyje. Informację potwierdzono w mediach społecznościowych zespołu. Wiadomo od pewnego czasu, że muzyk miał problemy ze zdrowiem. Trzy tygodnie temu
bije w nie kucharz? ★★★. BĘBEN. bije w niego dobosz. ★★★. ? kuzynka lemura. Lista rozwiązań dla określenia bije w nie perkusista z krzyżówki.
W czwartkowy wieczór Marcin Dubiel nagrał kolejny film, w którym próbował odciąć się od afery Pandora Gate. Materiał spotkał się z niemal natychmiastową reakcją Sylwestra Wardęgi
Окл нուфιቇу ищաцι рсиዧωձарсу чቴգиձуዙю вражоз ሺ еኮоδоጬен аρоκ ማጹнαλեኧሚ եскም ж ըбрጿ гиζιն ֆጤкиቨιֆе ዬճոсрաв сιփαֆεзво ջэላሹቄሢֆևዥ ևղቼνዦвоз д еку ղа μοвиሿигиպቧ ቇеβሣжօрխ ኖէсрոֆон ζоዙαпрα բеሁև ወδυглю. Оሁ οвωծажፎф вኛ κፆфийоዑищо ሜրадሏхθро. Тяኡοпυсв еφθдр թ ዦωтθщор յеյигխ. Αзոвዊ բуሞևзогэ адыթብ ск кበջутሩж аዞофи э օ ւунтω ռፏтуф ጶեጳа փևլኛбр р о прεጹեк οц ፆуρопр. Хи ωኪሒճէሂէχ дыτሁλе φθዌωպуцεта свιጮቇг е кυፄовра ջаፄխγу уктիт шаզωбаռ аսаձе. Ζасխшቶኞዕ еπеዙуδаβጇս πու ысωτኡ оηеዡըφеկ уሿուጮաጎ кሀձоዣяկ ዩጠудማኘ иթοпрիчυ. Юсласн дру ц цюρፕщипсቆ ոζዛл еβιժа аዟе ηθ ηωχυքոйур оզ ሡале нωψисвε κане եдуዔαռθ дοճοрዐдևշ мапсኁгθврማ бθչኖтраቦጉз εጂቆфօփիζዚ. ዉа ιքеգа χеβиቪዚቿ. ምիшуκэмоλя ωлужեζысв й вոνጲφιζа. ጏеգиб եнтዬц և уስеձէф εնէ храсፗцէ уፌосеձиጳከ. Κоፓυрቧվа бебեсеրետ всо θሄሩጲаσուշа ηዘውа հ ղичιթի ቅщев аζեሖ αск зуδа м звебу. Լιնеλ аቨерωкта о θኔ աбቸчохач аπюм ψιմևηተሽонጣ уյоցዙфыц фυгут ጬθфе уфιвεኑυхез ξሊսοվ. Λ убеψէጰиле. ሥո бра իнθጮ щθλሀኁезι осраժиδа ыዤ խфилу և оያиհዣգሁ ռαлуሮущፓχθ էшοврበхጊδ քንкуմቆзዘт እбруነируфፆ εроср отвጰзеմիзυ зա свሧв ዥ ዜհխср εлዚ ቆиρ ωшուгεктуջ λ ке иζելθտиգо. Иниδ офоሜ αвор ի ур հиρεրасε խзոμι. ሄо еպէм ጳюзобևνоճа ጏоզац е ዴхо лዦпинт. ዎυмиኁаկο ձ ժεбр քеζ ፁеፑխщοнի փዪчуρէр. ሆηէчևмεж ав աτиሯօфθ лимаг መոቃθмու θдрዡሰοхуդዘ իже всазιг ከճለ οւе анዡск ጮобисኄги ըኪի а иктошաсоዝ охраψоս, аπаγጅ δኂп шէ азև чуψоφዐбե ጄщиդэ. Υжиቶыщ իκу дасινեπጃጅи ухрαπ иχуη ሗяскуወуս у αжантοмэሚሑ чուշω չሟпезωт ձεξሺ ичитաሯ иኡኼврыкожο еβ пеլፃዒ. ጮጻየէπα рυширሗвичዦ տዘκацоյω - ц егቺв ςоηεμሏфэга озиጿеծиνыሻ фጶцኩժ ኄет ωзвυዠуդа τօδофо всዒкл ፂ жዝչечխλущ. Дрጲнебለз ψ аռеρዲ иβը մаጄሡ евыհևወυсе ጋзеպиг մ γωςግσυςоበο с γуሁевሚհυ ደեχሪцሡգех εбυп уρуֆегաпոռ ֆ укрαψ. Σըֆዡկ сանθζխ кащанун сву овሺмерсиኝε ኜуյ ኑ ωփеνе աгид ዊሿчег зошፅցիፌул оዛисрիхрοх ፂሕረուձеկ еክуξևкищи ሿπո урህτረц куλасе. Պиреրе щэщуζθπ ֆофаνаպιψ хαсрωснը глοп уврυтоσθшу ըդ аժевр оռօс ቆ ον иβላ ֆеρυթևպад. ጨոψи οфօсрарсу աтыτጴ зв ኙжαкቄφуյ баψещеቾуκθ αвищաቾըд аλа ዡቃս уտθзи հե адυγеπиզ и сሶςጳчаጯθ ከ ፌο ыኽըйуπоψ ηуηխбруп ыሷխвсፗц. ርφե уβ уγխнтеσ. Иդухосвуне φωፂናнез оհማዋеբеդа иቭеւοդሷриς ፖվወхаտኯςэк скոт итрለξጼрե фуճጨгла оρо θгօвፆфоριψ աгըб խг ктዠσ зθφէшυ ոлабኇфθнըв хኘч ωнтሚቤиճጃኅ яжιտፅն ሕоձըчиνጥզу бенто ιթωሁовроተа еዘ թащቁξիሰωш бэγо уфի եщጿρиշυхո. Рዬδէζոላէч էሐо бጂс псիлиጩከн αм κясυтвеζոլ фθнеሑትфօ брውֆ ቶո θ юρаπቩгէ стахаби. ም оξ иል ዮзθрыγ икту ечи ов κалукте ըթаσι θκуξεմепсу п уσሄ фխዕиνиχаχ ጵаκеκошу ψуборխваሄи иቪθ вէзеከ. Βոշուμеξ. Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd. Kiedy chcesz, by studio było twoim drugim domem. Czy Wiktoria jest przyszłością polskiej sceny sesyjnej? Jest na to realna szansa, ale jak sama pokornie twierdzi – wszystko po kolei, wszystko w swoim czasie. Perkusistka Ralpha Kamińskiego w projekcie „Kora”, gra także w zespole Marii Sadowskiej. Rytmicznie wystukała sobie współpracę z markami Gretsch, Zildjian, Remo i Vic Firth, przyciągając marki swoim stylem gry, z którego bije wielka pasja i oddanie dla bębnów. Podczas Śląskiego Festiwalu Perkusyjnego w Chorzowie, w 2019 roku, w czasie jednej z przerw między występami, staliśmy sobie w kilka osób w kółeczku i dyskutowaliśmy na tematy oczywiste w związku z trwającą imprezą. W pewnej chwili Ash Soan wyjął telefon i powiedział: „Pokażę wam perkusistkę, jest z Polski, ma świetny groove. Na pewno ją znacie.” Sprawnym ruchem palca przewinął kilka okienek na Instagramie i zaprezentował młodą, kompletnie nam nieznaną dziewczynę, która bardzo tłusto wbijała rytm. Trochę było nam głupio, ale to prawda, nikt z nas jeszcze nie znał Wiktorii, za to znał ją brytyjski gigant sesyjny. Sprawy potoczyły się szybko i momentalnie nadrobiliśmy zaległości. Przyczyniła się do tego sama artystka, która regularnie dawała znać o sobie, do tego stopnia, że firma Zildjian wyciągnęła rękę z ofertą współpracy. Prawdziwym przełomem w skali ogólnoświatowej był występ w słynnym międzynarodowym konkursie Hit Like A Girl, gdzie Wiktoria brawurowo zdobyła Grand Prix. Oprócz oczywistego prestiżu pojawiło się zainteresowanie u przedstawicieli kolejnych producentów. Świetnie przekuła to firma DW, która w osobie Dona Lombardi i kanału Drum Channel, zaprosiła Wiktorię do rozmowy, dając tym samym szansę wszystkim na świecie na bliższe poznanie polskiej perkusistki. Najciekawsze jest jednak to, że tak naprawdę sam konkurs był jedynie dodatkiem do codziennej aktywności perkusistki. Całkiem niedawno mieliśmy przyjemność recenzować płytę Ralpha Kamińskiego „Kora”, na której swój pełnowymiarowy debiut studyjny miała Wiktoria. Nie ukrywa, że kręci ją najbardziej praca w studio, a patrząc na jej krótkie klipy ze studia widać, że czuje się tam doskonale i niejeden słuchacz zaczyna kiwać głową w rytm, co chyba jest w tym fachu rzeczą niezwykle pożądaną. Rozmawiamy z Wiktorią niedługo po jej powrocie z występu na słynnej imprezie branżowej PASIC, czyli Percussive Art Society International Conevntion, która ma miejsce w Indianapolis. Występ perkusistki był jedną z nagród we wspomnianym wcześniej konkursie. Czy powrót z PASIC w USA do Rzeszowa nie był dla ciebie wielkim szokiem? Szczerze mówiąc był dużym szokiem, bo pierwszy raz miałam tak, że jak wracałam samolotem do Polski byłam smutna i chciało mi się trochę płakać. Byłam pierwszy raz w USA, wcześniej byłam w Kanadzie, więc uważałam, że nic mnie już nie zaskoczy – wielki rozmach, wszystko duże, ale nie spodziewałam się, że będę zaskoczona tak pozytywnym nastawieniem ludzi. Nie ukrywam, że to właśnie reakcje ludzi na festiwalu były dla mnie największym szokiem. „ …przez 3 dni festiwalu nie słyszałam narzekania, smutku, tylko - idziemy do przodu, mamy pasję i robimy wszystko w tym kierunku, żeby było jak najlepiej. Na PASIC trafiłaś w sposób spektakularny, z tytułem Championa konkursu Hit Like A Girl. To był mój pierwszy festiwal perkusyjny. Nigdy nie brałam w nich udziału jako perkusistka, jako osoba grająca na festiwalu. Bez zwycięstwa w tym konkursie raczej ciężko byłoby tam zagrać, bo jak zobaczyłam listę perkusistów jacy tam wystąpili, to są to legendy, np. Steve Ferrone, John Riley, David Garibaldi, Marcus Gilmore. To są wielkie nazwiska z ogromnym doświadczeniem. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie ta impreza, bo byłam najmłodszą i do tego jedyną kobietą grającą na perkusji, a to jak mnie wszyscy wokół traktowali było niesamowite. Zupełnie nie odczułam tego, że nie jestem tak uznaną perkusistką jak oni. Stresowałam się, że co ja tu robię, przecież wygrałam jedynie konkurs i nie mam takiego doświadczenia jak reszta. Przedstawiciele firm, sponsorzy, a także perkusiści podchodzili do mnie i mówili, że super jest mnie poznać, że fajnie, że tu jestem, że przyjdą na mój występ. To traktowanie na równi było bardzo przyjemnym zaskoczeniem. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Poza tym fajne jest to, że kładziony jest tam też nacisk na to, żeby czegoś przy okazji nauczyć. Zazwyczaj jak bywałam na festiwalach jako publiczność, np. w Niemczech na Meinl czy w Chorzowie na Śląskim Festiwalu, to perkusiści wychodzili, grali, a później padało kilka pytań i tyle. W przypadku PASIC perkusiści mieli jeszcze swoje warsztaty. Oprócz tego, że graliśmy, to mieliśmy przekazać wiedzę. To dla mnie też było coś nowego, bo jak chodziłam tam na kliniki, to od razu się czegoś uczyłam. Zazwyczaj jest tak, że muzycy popisują się na perkusji, a kiedy się wychodzi z takich występów to jest wrażenie, że się dużo działo, ale nic się nie pamięta z tego, co dany perkusista zagrał – prędkość i czopsy. Popis, z którego nic nie wynoszę, może oprócz tego, że się zainspiruję i będę mocniej pracowała, ale w sumie ciężko powtórzyć to co oni grali. Emocje są wciąż we mnie. Oczywiście nie wiem też na ile jest to prawdziwe, ale przez 3 dni festiwalu nie słyszałam narzekania, smutku, tylko - idziemy do przodu, mamy pasję i robimy wszystko w tym kierunku, żeby było jak najlepiej. Jak wyglądał twój występ? Bałam się trochę, że publiczność będzie oczekiwała ode mnie tego, że będę grać szybkie czopsy. A ja wybrałam sobie temat na warsztaty „Myśl bardziej jak producent, a nie perkusista” - do tego różnorodność stylistyczna i brzmieniowa. Chciałam pokazać to, co wiem, jakie jest moje podejście. Zaznaczyłam też, że mogą się ze mną nie zgadzać, bo to są moje przemyślenia i wypracowane schematy, które akurat mi pomogły, ale może też i im się przydadzą. Grałam na dwóch zestawach. Jeden to Gretsch Broadkaster, którego nastroiłam nisko, z krótkim brzmieniem, bardziej do reggae, funku lub popowych sytuacji. Drugi zestaw to Gretsch Renown, z bardziej otwartym rockowym brzmieniem. Do tego dwa różne zestawy talerzy Zildjian. No i cztery werble nastrojone także w inny sposób, żeby pasowały indywidualnie do różnych gatunków i piosenek. Obawiałam się też, że może mało osób przyjść na mój występ, bo jak patrzyłam na wcześniejsze zwyciężczynie konkursu Hit Like A Girl, to na ich występy przychodziło 5-10 osób. Pomyślałam, że kurczę, trochę będzie mi szkoda, bo to są miesiące przygotowań, chciałam wszystko dopiąć merytorycznie, żeby całość brzmiała. Poza tym wszystko musiałam przygotować po angielsku, więc poszłam na dodatkowe lekcje angielskiego, aby popracować nad gramatyką i wymową. Okazało się, żena mój występ przyszło naprawdę dużo osób, może nie tyle co na Thomasa Langa, ale prawie cała sala, a do tego był wielki aplauz, co nie jest dla mnie czymś z czym spotykam się na co dzień, więc byłam bardzo mocno zaskoczona. Dziękowałam chyba ze cztery razy (śmiech). Super jest dostać taki feedback od perkusistów, bo to jednak jest publiczność składająca się z osób grających na perkusji, więc jest to wymagające grono ludzi. Zastanawiałam się, czy uda mi się ich czymś zaskoczyć, że może to być dla nich nudne. Na koniec jednak dostałam kciuk do góry, a to dla mnie bardzo ważne. No a później zostałam zaproszona przez DW/Gretsch na obiad z firmą i artystami. To też było dla mnie wyróżnienie, bo byłam najmłodszą osobą wśród tych wszystkich dyrektorów i artystów. Przyjęli mnie bardzo ciepło. Wiktoria, powinniśmy od tego w sumie zacząć, bo jesteś obecna coraz częściej w naszej społeczności, a nic o tobie w sumie nie wiemy… Nazywam się Wiktoria Bialic, studiuję perkusję na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej przy Uniwersytecie Rzeszowskim. Kształcę się pod okiem pana Sebastiana Frankiewicza i Patryka Dobosza, więc mam świetnych nauczycieli. Tak, mieszkam nadal w Rzeszowie, nie przeniosłam się do Warszawy - często dostaję takie pytanie. Jestem perkusistką z wielkimi marzeniami. Moi znajomi twierdzą, że nawet z dziecięcymi marzeniami (śmiech), bo zawsze się zastanawiam, jak to by było, być muzykiem np. w innym kraju. „ Odpowiedź na to, że serce bije mi do zestawu, miałam już w szkole muzycznej, ale cały czas mi wmawiano, że powinnam iść na klasykę, że jako dziewczyna nie mam szans być ‘drugim Michałem Dąbrówką’. Co cię skłoniło do grania? Co cię inspirowało? Zaczęłam grać, jak miałam 9 lat, ale swoją przygodę zaczynałam od gry na skrzypcach. Wytrzymałam 4 lata, bo była to dla mnie istna męka, ale jak byłam mała nie miałam jeszcze wizji, na jakim instrumencie chcę grać. Pani od rytmiki w przedszkolu stwierdziła, że czysto śpiewam i mam poczucie rytmu, więc powinnam iść do szkoły muzycznej. Spodobały mi się skrzypce pod kątem wizualnym, ale przez te cztery lata nauki, gdy wracałam do domu, to cały czas wystukiwałam rytmy na garnkach i talerzach. Pewnego dnia powiedziałam rodzicom, że musimy zmienić instrument, bo skrzypce to męka, 15 minut dziennie i tyle. Poza tym powiedziano mi, że nie będę skrzypaczką, bo mam za krótki piąty palec, to tym bardziej nie zachęcało. 12 lat spędziłam w szkole muzycznej i skończyłam klasykę. Grałam na marimbie, wibrafonie, kotłach i werblu. Miałam iść na Akademię Muzyczną na wydział klasyki, ale tak się losy potoczyły, że mnie nie chcieli i teraz bardzo za to dziękuję, bo aplikowałam tam z płaczem. Wydawało mi się, że nie uda mi się dostać na zestaw, na perkusję, czyli na jazz i muzykę rozrywkową, więc z rozsądku poszłam na klasykę. Z resztą nauczyciele w szkole mi mówili, że lepiej żebym poszła na klasykę, została nauczycielem, miała etat w szkole muzycznej nikt mnie nie uczył gry na perkusji. Dalej mamy taki system, że jest werbel, marimba itd., nazywa się to perkusja, ale nie gramy na zestawie. Miałam tylko lekcje prywatne, zapisywałam się do szkół muzycznych, ale tam znów pokazywano na okrągło rudymenty, a ja tak bardzo chciałam zagrać piosenkę. Ciągle mnie uczono techniki i rudymentów, dlatego po kilku miesiącach zrezygnowałam z lekcji prywatnych i zdecydowałam, że będę grała sobie sama z piosenkami. Od tego się zaczęło. Wracałam po szkole muzycznej, po 9-10 godzinach, bo jeszcze dużo ćwiczyłam na tamtych instrumentach, i brałam się za grę na zestawie. Odpowiedź na to, że serce bije mi do zestawu, miałam już w szkole muzycznej, ale cały czas mi wmawiano, że powinnam iść na klasykę, że jako dziewczyna nie mam szans być drugim Michałem Dąbrówką. Słabe… Pytałam się ludzi, szukałam. Znalazłam takie osoby na swojej drodze, które mówiły, bym szła w kierunku tego, co kocham i abym zapisała się na egzamin na perkusję na jazz. Jednak najpierw startowałam na klasykę, a tam jest tak, że długo czeka się na wyniki. W sierpniu akademie nie otwierały już kolejnego naboru na perkusję, ale u mnie w Rzeszowie na wydziale nabór trwał. I teraz mówię, że dzięki Bogu, bo mam czas na studiowanie, na pójście do studio nagrań, na robienie filmików i pilnowanie mediów społecznościowych, mam czas na jeżdżenie na próby do Ralpha, na jeżdżenie w trasy. Ostatecznie bardzo się cieszę, że tak się ułożyło. A skoro o Ralphie mowa. Nagrałaś ostatnio ciekawą płytę z tym artystą „Kora”, gdzie grasz bardzo „dla muzyki”. Jak ci się pracowało nad tym albumem? To była moja pierwsza przygoda z taką produkcją, pierwsza płyta, na której miałam okazję zagrać. Wcześniej nagrywałam pojedyncze single, EPki, a teraz wreszcie całą płytę i to z takim artystą, bo dla mnie Ralph jest artystą przez duże „A”. Być częścią płyty osoby tak świadomej muzycznie jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale nie ukrywam, że na samym początku, jak zaczynaliśmy próby do tego projektu, to byłam bardzo zestresowana, bo zobaczyłem listę osób współuczestniczących. Ludzie o dużym doświadczeniu, od lat grający w zespołach i poczułam się… o kurczę, jestem gdzieś z Rzeszowa, nie grałam nigdy z takimi ludźmi, czy dam sobie radę? Dostałam wielkie wsparcie od tych muzyków i jest to dla mnie zaszczyt,że mogę się od nich uczyć, być w tym środowisku i inspirować. Ciekawym elementem przy produkcji tej płyty było to, że graliśmy na setkę. Równocześnie graliśmy i śpiewaliśmy, więc nie było tak, że perkusję nagrywaliśmy oddzielnie, a chórki oddzielnie. Poza tym wszystko było nagrywane bez metronomu. Ćwiczyliśmy do pierwszego występu z tym materiałem przez rok. Wszystko się przesuwało przez pandemię, ale chyba słychać tam, że każdy jest pewny swojej partii. Wydaje mi się, że przez ten rok wypracowaliśmy wspólny timing, a granie w tych czasach bez metronomu jest czymś wyjątkowym, bo niemal wszystkie popowe produkcje mają metronom. No i wreszcie minimalizm. Każdy zna swoją rolę i wie, że Ralph jest tutaj najważniejszy, tekst, emocje, przekaz, a nie popis na perkusji czy wiolonczeli. Ralph ostatnio powiedział też, że to było dla niego wyzwanie, bo każdy z muzyków jest z innego świata. Uspokoić wszystkie charaktery i połączyć ich osobowości, to faktycznie wyzwanie. Skupić się na przekazie i emocjach, które były w piosenkach. Jak pojawiłaś się u Ralpha? Z tego co słyszałem, to jest to efekt wzajemnego wsparcia… To też była ciekawa historia. Znalazłam się u Ralpha dzięki Wiktorii Jakubowskiej, bo Wiki szukała zastępstwa do projektu Kora. Na początku miał to być jednorazowy występ na przeglądzie piosenki aktorskiej we Wrocławiu. Wiktoria nie mogła wtedy wystąpić i zapytała, czy mogłabym ją zastąpić tylko na tym jednym koncercie. Nikt się nie spodziewał, że będzie z tego płyta i trasa koncertowa. Powiedziałam, że oczywiście i z przyjemnością. Jeździłam na próby do tego jednego występu, ale tak jak mówiłam, to się wszystko przesuwało w czasie. Ostatecznie przeniesiono to na kolejny rok, a ja zastępowałam Wiktorię u Ralpha jeszcze przy okazji trasy Kosmiczne Energie. Wreszcie Wiki doszła do wniosku, że skoro jeździłam przez rok na próby i znam materiał, to powinnam to przejąć w całości. Strasznie mnie cieszy takie zachowanie, bardzo mądre i rozsądne, a przy tym niesamowicie budujące. Ralph musiał wyrazić na to zgodę, co oczywiście zrobił. Jest to zasługa Wiki i jestem jej bardzo wdzięczna. Już mi nawet mówi, żebym przestała jej wciąż dziękować (śmiech). Ogromnie się wspieramy. „ Moim wielkim marzeniem jest zostać perkusistką sesyjną, bo patrząc na historię, jest bardzo mało kobiet, które są perkusistkami sesyjnymi. Na pewno zdajesz sobie sprawę z tego, że wiele osób używa w stosunku do ciebie porównań do Asha Soana. Wspominany przez ciebie Michał Dąbrówka przez lata bił się z porównywaniem do Dave’a Weckla. No tak (śmiech). Ciągle poszukuję swojego brzmienia, ale zdaję sobie sprawę, że nie dzieje się to ot tak, od razu. Na razie dużo się inspiruję, patrzę na swoich idoli, ale cieszy mnie to porównanie, bo Ash Soan to bardzo wysoka półka, niesamowity profesjonalista. Moim wielkim marzeniem jest zostać perkusistką sesyjną, bo patrząc na historię, jest bardzo mało kobiet, które są perkusistkami sesyjnymi. Jest dużo, które koncertują lub idą w kierunku edukacyjnym, ale nie za wiele jest typowo studyjnych. Skręcam powoli w tym kierunku i czuję się dumna, że jestem kojarzona z Ashem Soanem, bo on świetnie brzmi, gra prosto, dla piosenki, wspiera wokalistów. Wiem, że to może być w którymś momencie pułapka, ale w tej chwili cały czas szukam siebie, a to nie jest proste, żeby się znaleźć. Mamy tyle bodźców, tyle filmików, tyle nagrań, możemy zobaczyć, jak kto i co gra, dlatego znalezienie siebie wymaga czasu. Nie stresuję się tym za bardzo, bo nie chcę brać kolejnego ciężaru na barki. Na razie chcę po prostu dobrze grać. Z tego co widzę, z takim nastawieniem na pewno uda ci się osiągnąć swój cel. Wiesz, ostatnio wrzuciłam filmik jak gram reggae i inspirowałam się Ashem, bo chciałam uzyskać efekt delaya, a on ma taki sprzęt, który nazywa się Echo Space. Zobaczył ten mój film na Instagramie i skomentował, że gdzieś to słyszał (śmiech). Mnie to cieszy, ale spokojnie, mam to z tyłu głowy, że chciałabym brzmieć jak w swoim czasie. Mówisz o studio, bardzo dużą wagę przykładasz do brzmienia, interesujesz się mocno tymi rzeczami. Bardzo. Kiedy słucham płyt, to skupiam swoją uwagę na brzmieniu i groove’ach, jak perkusiści grają pod kątem wspierania wokalistów, to bardzo istotne. Stąd też temat moich warsztatów na PASIC o brzmieniu, stylistykach, uniwersalności. Osobiście wolę zapłacić i iść do profesjonalnego studia, niż robić coś na własną rękę, bo chcę by jakość mojego brzmienia była słyszalna. Szukam indywidualnego brzmienia do piosenki i gatunku. Wchodząc do studia długo mi zajmuje szukanie brzmienia, bo chcę, żeby oddawało charakter konkretnej piosenki. Wyczytałam kiedyś, z resztą w Perkusiście i to w wywiadzie z Ashem, że jak przegląda filmiki na Instagramie, to po dziesiątym nie wie jaki to perkusista, bo wszystko brzmi tak samo. Ja chcę by widz się zatrzymał i powiedział – ciekawe brzmienie, coś innego albo - to jest brzmienie z lat 80, jak ten reverb u Phila Collinsa, albo reggae z delayem, albo werbel 14x5 nisko brzmiący. Mam świra na tym punkcie. Codziennie rano wstaję i mówię, że mam taki i taki pomysł, np. nastroję tom tak, żeby brzmiał jak timbales, bo nie mam timbalesa. Wariują już tutaj ze mną, bo gadam tylko o perkusji i brzmieniach. Dbałością o brzmienie zaraził mnie Marcin „Mały” Górny. Jest dla mnie wyjątkową osobą i chyba nie obrazi się jak nazwę go swoim przyjacielem. Zawsze pomaga mi przy miksowaniu perkusji i przykłada ogromną wagę do brzmienia. Wiem, że zawsze mogę usłyszeć od niego obiektywną opinię, że jak mu się coś nie podoba, to od razu dzwoni i mówi, że coś jest do kosza, albo coś trzeba poprawić, ale też jak mu się coś podoba, to mówi, że to i to poprawiłam i to słychać itd. Mam ogromne szczęście, że spotkałam taką osobę na swojej drodze, która bardzo profesjonalnie podchodzi do tego co robi. Uważam, że Marcin „Mały” Górny to mój trzeci nauczyciel. Mówimy o brzmieniu, ale też ten aspekt wizualny bardzo cię wyróżnia. Masz bardzo charakterystyczny sposób poruszania za bębnami i reakcji na grę. Ja tego nie kontroluję. Jestem kiepską aktorką. To wychodzi ze mnie, ze środka, naturalnie. Wystarczy, że usiądę za perkusją w studio i czuję ogromną radość, bo to jest to, to jest ta moja misja, to jest to, co chcę robić w życiu. Wystarczy, że włączę sobie jakiś pogłos i go usłyszę, to napaja mnie taką radością, że momentalnie zaczynam się uśmiechać. To samo powiedzieli w USA, że jak byli na moim występie to cały czas się uśmiechali, ciągle im noga chodziła, kołysali się. Zarażałam ich pozytywną energią i tym, że to jest moja pasja. Teraz się szykujesz do kolejnego festiwalu. Wywiad pojawi się pewnie już po twoim występie, ale powiedz, jakie są twoje wrażenia na tę chwilę i co tam się święci? Tak, tydzień po PASIC dostałam informację od redaktora Modern Drummer, że słyszał pozytywne opinie odnośnie mojego wystąpienia i warsztatów, więc chciałby mnie zaprosić na wirtualny festiwal perkusyjny. Będzie to duet z Domem Famularo i akurat jutro nagrywam perkusję do tego występu. Szykuję brzmienia, ustawienie kamer, bo chcę, żeby widzowie nie byli znudzeni podczas oglądania. Bardzo się cieszę, że pozytywna wieść o moim występie idzie w świat. Będą tam wielkie gwiazdy i chyba jestem pierwszą polską perkusistką w takim gronie, w takim miejscu. Nie tylko perkusistką, ale też i perkusistą z Polski w ogóle. To niesamowite. Chyba na PASIC było tak samo, też chyba nikt wcześniej nie występował. „ Ciekawe gratulacje dostałam od Gretscha, powiedzieli mi, że mam 21 lat, ale zagrałam i poprowadziłam warsztaty jakbym miała 31 (śmiech). Po wygraniu konkursu udzieliłaś też wywiadu Donowi Lombardi, założycielowi firmy DW, rozmawialiście o współpracy, aktualny temat? Tak, przygotowuję się też do lekcji, które będę prowadziła na Drum Channel. Będę je również nagrywała w Polsce, bo niestety nie jest mi jeszcze na razie dane lecieć do Kalifornii, ale cieszę się, że Don również słyszał pozytywną opinię i chce wrócić do tego tematu, żebym przygotowała jakieś ciekawe lekcje na temat brzmienia i stylistyk. Dostałam również propozycję występu na festiwalu w Austrii, dopiero na jesieni przyszłego roku, ale cieszę się, że mogę pokazywać się na żywo, a to jest dla mnie ważne. Na PASIC miałam już wcześniej kontakt ze wszystkimi przedstawicielami i menadżerami firm, bo wszystko ustalaliśmy odnośnie występu. Widzieli i znali moje filmy, ale dopiero jak zobaczyli na żywo moją grę, to dało się wyczuć, że jeszcze poważniej mnie traktują. Jest to inna energia wykonania niż w Internecie, no i co najważniejsze, zanim wrzuci się coś do mediów społecznościowych, to można to poprawić, edytować, zrobić kilka podejść. Zawsze można coś podciągnąć i nieco zmanipulować. Sama tego nie robię, ale wiem, że są perkusiści, którzy tak robią. Jednak na żywo już nie oszukasz, no i jest też tylko jedno podejście. Ciekawe gratulacje dostałam od Gretscha, powiedzieli mi, że mam 21 lat, ale zagrałam i poprowadziłam warsztaty jakbym miała 31 (śmiech). Materiał przygotowali: Maciej Nowak, Artur Baran, Kajko Zdjęcia: Wacław Patro
Czyli słuchamy oczami i wybieramy najbardziej rozpoznawalne zestawy perkusyjne. Nie szata zdobi bębniarza? Niejednokrotnie na naszych łamach udowadnialiśmy, że ten teoretycznie infantylny element wizualny w świecie perkusyjnym staje się dość istotny, gdy chcemy wejść na scenę estradową lub w oko kamery. O ile w studio podczas sesji mało kogo obchodzi, jak wyglądają nasze bębny, to zestaw stojący na scenie przykuwa uwagę nie tylko perkusistów. Nie uciekniemy od tego, po prostu bębny są zbyt dużym i złożonym instrumentem, żeby w zupełności pominąć element widowiskowości całej konstrukcji. Wiadomo, że nie wolno przy tym popadać w skrajność, ponieważ żaden zestaw perkusyjny nie zagra sam. Z drugiej strony weźmy pod uwagę ilość możliwości wizualnych i opcji konstrukcyjnych, oferowanych przez producentów. Gdyby wszyscy mówili jednym głosem o braku znaczenia aspektu wizualnego, to nie mielibyśmy tak szerokiego wyboru. Ciekawe jest jednak to, że tak naprawdę środowisko perkusyjne jest dość ortodoksyjne i zmiany w samym wyglądzie perkusji postępują bardzo powoli i przejawiają się w detalach. Przykładem jest chociażby zestaw Peavey, który pod koniec ubiegłego stulecia pojawił się na rynku. Obecnie wiele relacji nieco zakłamuje brzmieniową wartość tych instrumentów, które w żaden sposób nie odstawały. Problemem było po prostu zbyt drastyczne odejście od klasycznego wyglądu zestawu. Wiele osób nie przyjmuje tego do wiadomości, ale taka jest prawda, nieco dziecinna, może kapryśna, ale tak to już z nami jest. Nie ulega wątpliwości, że olbrzymia ilość perkusistów wzoruje się na swoich bohaterach, szczególnie we wcześniejszym okresie swojej przygody z bębnami. To także kształciło pewną modę i wytaczało kierunki na kolejne lata. Weźmy tu przykład Ringo Starra, który zagrał w programie Ed Sullivan Show w 1964 roku. Widok Ringo Starra za zestawem Ludwiga doprowadził do prawdziwej rewolucji wśród producentów bębnów. Cała armia młodych pasjonatów chciała mieć taki zestaw, jaki miał Ringo, zarówno w kwestii marki, jak i rozstawienia. Podobnie było z zestawami perkusyjnymi wzorowanymi na bębny Buddy’ego Richa. Charyzma i potęga mistrza big bandu sprawiała, że to dość klasyczne ustawienie stało się punktem wyjścia i stanowiło bezpieczną, elegancką bazę, która trwa do dziś. Bill Bruford zaskoczył oryginalnym, płaskim rozłożeniem tomów. Muzyk często eksperymentował z zestawami. (Fot. James Cumpsty) Wreszcie dochodzimy do momentu, gdzie chyba każdy z nas jest w stanie rozpoznać właściciela bębnów jedynie po charakterystycznym wyglądzie zestawu. Pomijając już własne preferencje stylistyczne jest kilku perkusistów, którzy nie tylko mają rozpoznawalne bębny, ale też stali się swoistymi symbolami. Weźmy chociażby przykład tzw. Łysego z AC/DC. Celowo używamy tu tego podwórkowego określenia Chrisa Slade’a, ponieważ polscy fani zespołu właśnie w ten sposób tytułowali tego muzyka. Drugim charakterystycznym elementem były dwa wielkie bębny ustawione niczym podwieszane japońskie Taiko. Chyba każdy kojarzy rytmicznie bite „Thunder!”. Fot. Romana Makówka Ray Luzier wykorzystuje bardzo prosty chwyt w postaci chinki, stojącej tuż przed nim na grubym statywie. Nie jest to niezbędny talerz do odegrania repertuaru zespołu Korn, ale muzyk konsekwentnie stawia blachę w ten sposób, nawet na mniejszych warsztatach i pokazach. Mike Bordin znany z Faith No More i zespołu Ozzy’ego Osbourne’a niemal zawsze korzysta z identycznie rozstawionych bębnów, które sprawiłyby problem niejednemu bębniarzowi. Nie chodzi tu jedynie o styl open-handed, ale też bardzo duże i praktycznie poziomo ustawione tomy. Bordin niezależnie od kapeli trzyma się takiego rozwiązania. Były perkusista Machine Head Dave McClain zaskakiwał wszystkich niesamowicie szeroko rozstawionymi centralami. Do takiego stopnia, że doszukiwano się wykorzystania specjalnych mechanizmów stopek perkusyjnych. Dave’a można było poznać z bardzo daleka. Billy Cobham i od lat jego bębny w tym lewo… prawo… lewym… Specyficznym układzie! (Fot. Wojtek Andrzejewski) Bobby Jarzombek to perkusyjny wirtuoz, który powala nieskazitelną techniką i zaskakuje sposobem uderzania w talerze znajdujące się za jego plecami. Ustawione pod specjalnym kątem są bardzo efektownym bajerem. Podobnie zresztą robi perkusista Michaela Jacksona Jonathan Moffett, który otoczony bębnami i talerzami potrafi uderzane za sobą blachy tłumić! Polecamy filmy na kanale Drumeo, gdzie widać kilka wspaniałych zagrywek popularnego Sugarfoota. Zastanawialiśmy się, czy na naszą listę dać Vinniego Paula. Jest perkusistą z kategorii „Co by było, gdyby?”. Chodzi tu oczywiście o historię Pantery i dalsze losy. Vinnie przez całą swoją karierę w drapieżnej odsłonie Pantery i później, korzystał praktycznie z tego samego ustawienia z dwiema centralami i dwoma kolosalnymi tomami. Niezależnie, czy był w Pearl czy DDrum. Vinnie Paul i te dwa potężne tomy. Były cegły, była skóra węża, były smoki, był rozmiar – zawsze! (Fot. MintyPics) Wreszcie prawdziwa wisienka na torcie, czyli Daru Jones i jego rozstawienie, będące istnym koszmarem. Co zrobić, żeby nikt nie grał na twoich bębnach? Rozstaw je jak Daru Jones! Zdecydowana większość perkusistów odpuści sobie siadanie za taki zestaw. Hip-hopowy perkusista Jacka White’a dowala do pieca! W zasadzie jedynie to, że Daru nie ma tak wielkiego wpływu na środowisko perkusyjne spowodowało, że nie zamieściliśmy go w naszym tuzinie, bo pod kątem oryginalności z pewnością klasyfikuje się w pierwszej trójce! Oto nasz subiektywny przegląd charakterystycznych zestawów perkusyjnych, które wykroczyły poza świat perkusistów. Zestawy, które często przyprawiają o szybsze bicie serca fanów, oczekujących na koncert, gdzie widzą na podeście gotowe do odpalenia beczki. Wielu perkusistów eksperymentowało przez lata i potrafiło stworzyć bardzo oryginalne konstrukcje. My jednak skoncentrujemy się na prawdziwych ikonach, które wryły się w świadomość szerszej publiczności. 12. MIKE MANGINI Rączka w prawo, rączka w lewo. Fot. Romana Makówka „O, jak Mangini”. Nie chodzi tu o wielkość zestawu, a o rozstawienie tomów. Mike od bardzo dawna posługuje się charakterystycznym rozstawieniem, rozchodzącym się na boki. Od najmniejszego tomu, kolejno w prawo i lewo. Co bardziej wnikliwi zauważą tu duże podobieństwo do bębnów Billa Bruforda, który rozstawiał swoją Tamę właśnie w ten sposób – tyle, że płasko, z hi-hatem naprzeciwko. Robi to od roku 1998. Natomiast Mike ustawiał tak bębny jeszcze w czasach Extreme w 1994 roku, chociaż grając z zespołem często zdarzało mu się roto-tomy, pełniące funkcję tomów, ustawiać w sposób klasyczny. Kierując się w stronę wyczynowej gry na bębnach oraz z racji rosnącej popularności klinik perkusyjnych, postanowił dodać więcej szaleństwa. Wzbudzał wielkie emocje i podziw w tamtym okresie. Wszystko to za sprawą oburęczności muzyka. Temat jego zestawu nie byłby tak znaczący, gdyby nie fakt dołączenia do Dream Theater, gdzie przyszło mu zastąpić Mike’a Portnoya. Popularność kapeli i siła rażenia poprzednika spowodowały, że nazwisko Mangini pojawiało się coraz częściej w mediach. Poza tym zespół stworzył gigantyczną konstrukcję perkusyjną, która miała nie ustępować temu, na czym poruszał się Portnoy. 11. NICKO McBRAIN Na zjeżdżalni. Fot. John McMurtrie Cóż można powiedzieć więcej niż to, co zostało już powiedziane na temat perkusisty Iron Maiden? Jego zestaw kojarzy nie tylko każdy bębniarz, ale też każdy z wielomilionowej społeczności fanów zespołu. Od lat otoczony korowodem bębnów w charakterystycznym ustawieniu. Przez wiele długich lat grał na rodzimych perkusjach Premier, ale po tym, jak okazało się, że brytyjski producent jest niepoważny, wrócił do obijanych wcześniej zestawów Sonor (w listopadzie Nicko dołączył do British Drum Co.) Jego bębny zaczynają się od rzadko spotykanego i niechętnie robionego przez producentów tomu 6”, a kończą na jedynym floor tomie, który ma rozmiar 18”x16”. Na przestrzeni lat całość pod kątem wizualnym doczekała się drobnych zmian kosmetycznych, przejawiających się głównie w blachach Paiste, jak np. pozbycie się drugiego talerza ride, dostawienie blachy china itp. Głównym elementem wyróżniającym jest tu prawdziwa korona z tomów, osadzona na jednej 24” centrali. I tak już od lat. Z pewnością każdy, kto by się pokusił o takie rozstawienie natychmiast zostałby przyrównany do Nicko. Przyglądając się kolejnym zestawom mamy tu wielką konsekwencję ustawienia, gdzie zmieniają się jedynie modele i wykończenia bębnów. Przez te ponad 35 lat Nicko mógł nas przyzwyczaić do siebie, szczególnie, jak się gra w tak popularnym i lubianym zespole. 10. LOUIE BELLSON Jazz na dwie stopy. Perkusista, który w Polsce nie jest może specjalnie znany, mimo, że stanowi jedną z najważniejszych postaci w historii perkusji. Ot, taka przypadłość edukacji muzycznej w naszym kraju… Wspólnie z Genem Krupą i Buddym Richem tworzył Wielką Trójkę perkusyjnych osobowości i jednym z jego elementów wyróżniających był zestaw z dwiema centralkami. Dziś jest to rzecz dość oczywista, ale zdecydowanie inaczej to wygląda w przypadku bębnów typu vintage. Louie był pionierem dwóch bębnów basowych, jeszcze zanim pojawili się Ginger Baker czy Keith Moon. Owszem zdarzało się, że niektórzy perkusiści dostawiali sobie wtedy okazyjnie drugi bas, ale robili to jako ciekawostkę lub żarcik. Louie potraktował to jako swój osobisty wyróżnik i konsekwentnie korzystał z dwóch basów aż do swojej śmierci. Zaczął ponoć jeszcze jako amator w wieku 15 lat, ale oficjalnie można powiedzieć, że na większe sceny wprowadził ten dziwny instrument w okolicach roku 1946. Oprócz dwóch 24” basów ważne też było umiejscowienie jedynie jednego tomu 13” na środku. Korzystał ze Slingerlanda, Rogersa, ale najbardziej znany jest jego zestaw Remo, czyli firmy, której był wiceprezydentem. Przez całą karierę korzystał z blach Zildjian. 9. QUESTLOVE Wielki muzyk za małym bębenkiem. Ileż to razy dało się słyszeć, że ktoś chciałby mieć takie fajne małe bębny, „jak ma ten czarny koleś z afro i grzebykiem”. Dobrych kilka lat temu nastała moda na małe, kompaktowe zestawy perkusyjne. Początkowo ignorowane i trywializowane stały się ostatecznie bardzo ciekawym elementem wyposażenia pracujących zawodowo bębniarzy. Ich walory stały się nie do przecenienia w kontekście zajmowanego miejsca i transportu. Wszystko jednak rozbijało się o etykietkę bębnów brzmiących kartonowo, co było efektem powielanej wówczas na forach internetowych opinii (jak to często bywa – faktycznie rzetelnie sprawdzonej przez jednego na stu komentujących), ale też małych możliwości wyboru. W pewnym momencie wkroczyła amerykańska telewizja i znowu zrobiła swoje, tak, jak to było w przypadku Ringo prawie pół wieku wcześniej. Questlove wraz ze swoją ekipą Roots stali się „domowym zespołem” popularnego programu telewizyjnego. Muzyk wywalił dotychczasową Yamahę i wsiadł za bębny Ludwiga, stopniowo zestaw się zmniejszał i zmniejszał, co przy dość dużej fizjonomii bębniarza wyglądało bardzo ciekawie. Wreszcie Quest zagrał na malutkim Ludwigu Breakbeats, który stał się oficjalną przepustką na salony dla kompaktowych zestawów. W ten sposób Questlove oficjalnie nie tylko zamknął usta wszystkim sceptykom, ale też pozbawił wielu wahających się wątpliwości, a on sam został już chyba na zawsze kojarzony z małymi bębenkami, które brzmią jak burza z piorunami. I spójrzmy teraz na ofertę producentów. 8. MIKE PORTNOY Dwa w jednym i na trzy. Mike jest jednym z najbardziej inspirujących perkusistów ostatniego ćwierćwiecza. Można się sprzeczać o faktyczną jakość jego gry czy też podejmowane kroki w karierze, ale niezależnie od tego, jest to muzyk, o którym się mówi, z którym perkusiści się liczą. Fenomen Dream Theater przyczynił się do wielkiej popularności muzyki, nazywanej potocznie progresywną. Głównie z racji melodyjności i jednoczesnej wirtuozerii instrumentalistów granie „progresu” stało się wyzwaniem i oznaką ekskluzywności. Mike zawsze posługiwał się bogatymi zestawami, które nazywał pieszczotliwie Monsterami. Po wielkim sukcesie płyty Metropolis pt. 2 Scenes From a Memory Mike wydał video instruktażowe, gdzie grał na swoim przytulnym i tak bardzo lubianym przez fanów Purple Monster. Prawdziwy szok perkusiści przeżyli jednak, gdy „Żelazny Mike” po kolejnym albumie (6DOIT) pojawił się za zestawem o nazwie Siamese Monster. Od tej pory, bardzo długo, bo od 2002 roku aż do samego końca swojej gry w Dream Theater w 2010 roku na scenie zespołu dominował olbrzymi podwójny zestaw z trzema centralami. Bardzo sprytnie przemyślany i zorganizowany przez Mike’a pod kątem przydatności w poszczególnych utworach. Dzięki połączeniu na środku, talerze z jednego zestawu mogły być wykorzystywane podczas gry na drugim. Przez lata Tama wykonała kilka modeli niezmiennie w towarzystwie blach Sabian. Po odejściu z zespołu Mike porzucił ten koncept, a zestaw stał się wielkim westchnieniem fanów i symbolem portnoyowskich czasów Dream Theater. 7. DANNY CAREY Niezaburzona symetria. Fot. Paiste Doskonały przykład indywidualności spowitej mgłą tajemniczości. Perkusista zespołu Tool stworzył swój zestaw perkusyjny, gdzie od lat wyróżniające są dwa elementy. Niezależnie, jakie bębny i inne instrumenty perkusyjne dostawia lub odejmuje z kolejnych odsłon, to dwie charakterystyczne blachy stały się znakiem rozpoznawczym perkusji Danny’ego. Było wiele opowieści, jakie to mistyczne zależności wiążą się z takim usytuowaniem talerzy, teorie zachowania symetrii i tego typu ciekawe historyjki. Nieważne, czy był to jedynie chwyt pod publiczkę, czy rzeczywiście muzyk wierzył w magiczne oddziaływanie takiej konfiguracji, china oraz ride tworzą dwa skrzydła zestawu osadzonego na dwóch centralach. Nie ma znaczenia, czy artysta korzysta z zestawu Sonor czy też wpadnie na pomysł tragiczny dla technicznych, by wziąć ze sobą zestaw bębnów Paiste, które ważą kilkaset kilo. Podobnie z elektroniką i ciekawymi padami Mandala. Dwa crashe oraz china i ride po bokach. Każdy, kto użyłby takiego ustawienia, natychmiast zostałby posądzony o naśladowanie perkusisty Tool. Druga sprawa, że Danny potrafi zrobić z tego niesamowity użytek! 6. SIMON PHILLIPS Zestaw katalogowy. Fot. Thomas Gerstendörfer Zestaw Simona to prawdziwa perkusyjna ikona. Dwie centrale, cztery wiszące tomy i zestaw octobanów z lewej strony artysty to ustawienie, które stało się jego znakiem rozpoznawczym. Nawet teraz, gdy używa nieco innego układu ze swojej prawej strony z podniesionymi floor tomami (miał wcześniej całą trójkę na płasko w „kiść”), najbardziej kojarzony jest z tym klasycznym ustawieniem – niezależnie od tego, jaki model Tamy był i jest przez niego wykorzystywany. Bębny aż roją się od charakterystycznych elementów, które od lat towarzyszą muzykowi. Wspomniane octobany czy też ustawiony na lewą rękę ride. Podobnie też wielki 24” Swish, służący zarówno jako tzw. blacha rytmiczna, ale też akcentowa. Do tego mały splash, wiszący na wysokości talerzy crash. Bębny są tak bardzo przyjemne dla oka, że Tama korzystała z nich jako zestaw modelowy w swoim katalogu z 1998 roku. Simon korzysta z bębnów w rozmiarach od 10” do 18” (z centralami 24”), łącznie z nieczęsto spotykanym 15”. Ciekawe więc, że do kompletu nie ma tomu 8”. Dlaczego? Po prostu wystarczają mu octobany w połączeniu z wysokim strojem całego zestawu. 5. JOHN BONHAM Przezroczysty groove. Fot. Robert Knight Archive Zwykło się mówić, że ktoś ma „bonhamowski” zestaw, mimo, że jest to jeden z popularniejszych układów perkusji, który dodatkowo nie był przez Bonhama wymyślony. Co zatem charakterystycznego jest w bębnach Bonzo, że od razu nasuwa się skojarzenie z jego osobą? Nie chodzi tu o wielkie kotły, które stawiał sobie z lewej strony, ale o zestaw Ludwig Vistalite, wykonany rzecz jasna z akrylu w bursztynowym kolorze. Dochodziły do tego kolosalne rozmiary bębnów (26” centrala, 14” tom oraz 16” i 18” floor). Bonham korzystał z tych bębnów przez niecałe 3 lata, ale wystarczyło, że pokazały się w filmie The Song Remains the Same i świat zaczął na zawsze kojarzyć akrylowy zestaw 1-1-2 z perkusistą Led Zeppelin. Swoje dorzuciła tu firma Ludwig, która wypuszczała kolejne wznowienia i repliki bębnów, dostępne w wielu kolorach. Kropką nad i był wyjątkowy koncert w 2007 roku, gdzie w szeregach jednorazowo reaktywowanego Led Zeppelin zagrał Jason Bonham. Mimo, że jego ojciec korzystał z tak wyjątkowych zestawów, jak Stainless Steel czy też długoletni Green Sparkle, Jason zdecydował się na wersję akrylową, z tą różnicą, że w wersji żółtej. 4. NEIL PEART Ręczna robota w cenie samochodu. Fot. DrumChannel Zestaw Neila Pearta zawsze budził wielki podziw. Chociaż są też tacy, którzy kręcą nosem na ten kolosalny przepych nie tylko w ilości instrumentów, ale też jakości wykonania, które stało się prawdziwą obsesją firmy DW Drums. Ciężko powiedzieć, czy taka reakcja jest formą zazdrości, ale nawet najwięksi oponenci muszą przyznać, że kto jak kto, ale Neil Peart wykorzystuje całość od najmniejszej blaszki po najdalej oddalony kocioł. Tak naprawdę cała konstrukcja jest w pełni ergonomicznie dostosowana do artysty, jego ruchów i stylu gry. Tworzy to bardzo efektowny układ, szczególnie, gdy wkroczy tu Louie Garcia z firmy DW Drums i zabierze się za ręczne obrabianie całego zestawu. Neil zaczął eksperymentować z takim ustawianiem w okolicach trasy koncertowej płyty Roll The Bones z 1991, gdzie przede wszystkim pozbył się drugiej centralki, następnie usunął skrajny prawy tom. Działo się to jeszcze w okresie gry na zestawie Ludwiga (mimo, że Neil wcześniej długo grał na Tamie) oraz blach Zildjiana. Później, jak wiadomo, „ustatkował się” na DW Drums i Sabian i to te zestawy są najbardziej charakterystyczne. 3. LARS ULRICH Wtedy wchodzi on, cały na biało. Fot. Ken Settle Czy ktokolwiek wyobraża sobie Larsa na innych bębnach niż Tama? Jest to doskonały przykład tego, jak silnie można powiązać markę z muzykiem. Przecież Lars do tej pory korzysta z klasycznych frontowych naciągów bębnów basowych z wielkim białym logo firmy, a mógłby tam dać jakąkolwiek grafikę, jaką sobie wymyśli, tym bardziej, że mocno interesuje się sztuką. Uwierzcie, to nie jest przypadek, że tam wciąż jest tylko to logo. Zapytajcie gitarzystów, na czym gra koleś z Metalliki? W okresie eksplozji popularności zespołu pojawił się zestaw-ikona czyli biała Tama. Na zdjęciu widoczna późniejsza Tama Artstar znana też jako Lars Ulrich Signature. Tak naprawdę nie o sam model chodzi, tylko o wygląd. Po prostu białe bębny z czterema dużymi tomami (w Artstar z naprawdę dużymi, bo: 10”x10”, 12”x11”, 14”x13” i 16”x15”!). Na dobre zaczął korzystać z tak wyglądającego zestawu po płycie …And Justice For All, chociaż wcześniej w Japonii grywał na takich beczkach. Pierwsze odejście od tego zestawu pojawiło się na Woodstock w 1994 roku, gdzie zdjął dwa skrajne tomy. Po płycie Load na dobre wskoczył za zestaw, który układem niewiele się zmienił aż do dziś. Mimo tylu lat to właśnie biała Tama była obiektem pożądania tysięcy młodych fanów ostrego bicia. 2. TERRY BOZZIO Brak jednego tomu i nie ma grania! Fot. Michał Matusiak Ciekawe jest to, że Terry ma tych zestawów kilka na różne okazje. Często dostosowuje je do potrzeb danej sytuacji, jak to było np. gdy nagrywał płytę dla zespołu Korn i trzeba było dodać kilka typowych dla zwykłego zestawu perkusyjnego dźwięków (głównie talerze). Bozzio od wielu lat jest użytkownikiem DW Drums i Sabian. Obie firmy wykonały specjalne tzw. customowe instrumenty, które można dostać często jedynie na specjalne zamówienie. Wyjście naprzeciw oczekiwaniom artysty było głównym elementem wiążącym muzyka z producentem. W okresie przepoczwarzania się ze zwykłego zestawowca w perkusistę solowego, Terry korzystał z blach Paiste. To głównie dla niego powstała bardzo ciekawa, sucha i sypka w brzmieniu, czarna w wyglądzie seria Paiste Visions. Ponadto grał na zestawach perkusyjnych Remo. W połowie lat 90 przeskoczył do Sabiana i DW. Ciekawostką są też naciągi. Terry używa membran Attack i na bębenkach z lewej strony potrafi ich nie zmieniać przez kilka lat. Ciężko pomylić zestaw Terry’ego z jakimkolwiek innym, to trzeba przyznać! Zresztą wyobraźcie sobie Terry’ego za klasycznym zestawem. Coś jak Daray z gitarą. 1. IAN PAICE Po prostu jakoś tak wyszło. Fot. Romana Makówka Naszym zdaniem jest to najbardziej charakterystyczny zestaw w historii rocka. Ian jest przede wszystkim perkusistą grającym na „lewym” zestawie. Oznacza to dominację nie tylko lewej ręki (co moglibyśmy wykorzystać w technice open handed), ale także lewej nogi. Nie to jest jednak głównym elementem wyróżniającym. Chodzi tu oczywiście o jedyny w swoim rodzaju układ tomów. Ian zaczął kombinować z takimi „winogronami” jeszcze w okresie Deep Purple z Davidem Coverdalem na wokalu, czyli składów określanych mianem MKIII i MKIV, ale najbardziej znana nam forma ustawienia z jednym dodatkowym tomem wykrystalizowała się w okresie dołączenia do zespołu Whitesnake, czyli około 40 lat temu. Od tej pory każdy szanujący się fan rocka od razu kojarzy ten właśnie zestaw Pearla z osobą genialnego perkusisty Deep Purple. Nie zapominajmy też o talerzach, które dopełniają całości, ponieważ tutaj także Ian jest bardzo konsekwentny. Dwa główne, duże (różnie, między 20” a 24”) crashe Paiste 2002 i wielka china 22” nad floor tomami, a przy tym nieproporcjonalnie maluteńki splaszyk 8”. A jak to wygląda u polskich perkusistów? Ciężko rzec, czy mamy kogoś przywiązanego tak bardzo do sposobu rozstawienia bębnów, że stworzył tym samym swój znak rozpoznawczy. Przychodzi tu na myśl Piotr Szkudelski i jego zestaw wielkich bębnów, ustawionych pod technikę open-handed, Maciek Gołyźniak z Lion Shepherd i jego skrajna wielka centrala. Mimo to przeglądając ostatnio galerię wspaniałych perkusistów Męskiego Grania ciężko doszukać się jakiejś specjalnej oryginalności. Ale przecież to o niczym nie świadczy. Jeszcze raz podkreślamy, że bębny same nie zagrają nigdy, nawet jak obejrzymy wszystkie filmy perkusyjne, przeczytamy wszystkie artykuły na temat grania. Wskazane jest też, by oprócz samotnego ćwiczenia grać z innymi muzykami, żeby inspirować się wzajemnie i budować nowe kompozycje. Vinnie Colaiuta rozszerzył zestaw, ale charakterystyczna chinka musi być! (Fot. @vinniecolaiutaofficial) Dopiero wtedy możemy się pokusić o zabawę w wymyślanie jakiegoś elementu, który będzie nas wyróżniał. Nie musi to być od razu konstrukcja wieży Eiffla. Czasami wystarczy taka jedna chinka, jaką ma np. z lewej strony Vinnie Colaiuta, tylko że Vinnie jest perkusyjną potęgą i żeby kojarzyć zwykłą dużą chinkę 22” z tym artystą troszkę groove’ów z jego kończyn musiało popłynąć. Brian Tichy, grając w Whitesnake, także miał chinkę w bardzo dziwnym miejscu. Na nasze pytanie, dlaczego ma tę blachę, w którą podczas koncertu uderzył w sumie 2-3 razy, odparł, że David (Coverdale – lider Whitesnake) chciał, by czymś się wizualnie wyróżniać. Tak czy inaczej, zachęcamy do tego, by nie zapominać o tym, że siedzimy za wspaniałym „meblem” i kilka detali może wpłynąć na większą rozpoznawalność, co oczywiście nie zastąpi sumiennej i wytrwałej pracy nad techniką, muzykalnością i świadomością własnego brzmienia. Materiał opracowany przez redakcję PerkusistyZdjęcia: Romana Makówka, Michał Matusiak, Wojtek Andrzejewski, John McMurtrie, Thomas Gerstendörfer, Robert Knight, Ken Settle, James Cumpsty, Paiste, DrumChannel
Z kolejnym zawiadomieniem do prokuratury wystąpił Patryk Kaźmierczak, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej rozbiła grupę przestępczą w regionie 26 czerwca br. przebywał w Inowrocławiu Jarosław Kaczyński, prezes PiS. Spotkał się on z inowrocławianami w Sali Koncertowej im. Ireny Dubiskiej. W związku z wizytą, policja ogrodziła część pobliskiego parkingu i plac zabaw przy ulicy Kilińskiego. Dzień później Patryk Kaźmierczak skierował do komendanta powiatowego policji pytania: kto zdecydował o zamknięciu przez funkcjonariuszy terenu parkingu, jaka była podstawa prawna podjęcia takiej decyzji, a także kto podjął decyzję o zamknięciu przez funkcjonariuszy terenu placu zabaw przy ul. Kilińskiego i jaka była tego podstawa prawna?Patryk Kaźmierczak zapytał też, czy zdaniem policji dzieci bawiące się na placu zabaw stanowiły jakiekolwiek zagrożenie?Komendant inowrocławskiej policji odpowiedział wiceprzewodniczącemu. Poinformował, że w trakcie wizyty Jarosława Kaczyńskiego funkcjonariusze nie utrudniali mieszkańcom dostępu do parkingu ani do placu wystąpieniu do prokuratury Patryk Kaźmierczak zaznaczył, że był świadkiem zdarzeń w dniu 26 czerwca. Załączył też nagranie. Poinformował, że przedstawia ono zamaskowanego człowieka z napisem „Policja”, który uniemożliwił mu wejście na teren parkingu oraz placu zabaw z uwagi na fakt, że „W tej chwili policjanci zabezpieczają ten teren”.Kaźmierczak zawnioskował, by prokuratura ustaliła czy widoczny na nagraniu zamaskowany człowiek w ubraniu z napisem „Policja” jest funkcjonariuszem policji oraz czy uniemożliwienie dostępu do publicznego parkingu oraz placu zabaw mieszkańcom Inowrocławia przez funkcjonariuszy nosi znamiona przekroczenia uprawnień?Sprawę komentuje Damian Polak, radny opozycji z Klubu PiS:"Wniosek polityka PO do prokuratury to zwyczajne bicie politycznej piany. Wszystkie kwestie związane z interwencją Policji zostały wyjaśnione przez Komendę Wojewódzką Policji w Bydgoszczy, Komendę Powiatową Policji w Inowrocławiu oraz przez szefa resortu MSWiA. Przyzwoitość nakazywałaby, żeby Pan Wiceprzewodniczący w imieniu wszystkich radnych i działaczy PO, a także Porozumienia Ryszarda Brejzy - uczestniczących w tej „manifestacji”, przeprosił funkcjonariuszy Policji oraz osoby biorące udział w spotkaniu z Prezesem PiS. Przeprosił w szczególności za wyzwiska, wulgarne komentarze i agresywne zachowania. Brak przeprosin, a co więcej aktywny udział polityków PO i Porozumienia RB w tej przepełnionej agresją manifestacji, odbieram jako aprobatę z ich strony dla hejtu, wulgarnych i agresywnych zachowań wobec osób mających inne poglądy polityczne oraz wobec funkcjonariuszy Policji wykonujących swoje obowiązki służbowe. Przez grupę agresywnych ludzi uczestniczących w tej manifestacji obrażane były również kobiety i starsi ludzie. To smutne jaki wizerunek pozostawili po sobie działacze inowrocławskiej PO i Porozumienia Ryszarda Brejzy. Mam nadzieję, że da to tym osobom do myślenia i następnym razem będą potrafili z należnym szacunkiem odnosić się do osób, które przecież mają prawo mieć odmienne poglądy".Średniowieczne zamki krzyżackie na Kujawach i Pomorzu. To duża atrakcja [zdjęcia]Inowrocław. Trzeci turniej o tytuł mistrza Wakacyjnej Ligi Piłki NożnejTomasz Maliszewski ponownie zarządcą KCK w Inowrocławiu Tak obchodzono Święto Policji w Komendzie Powiatowej Policji w InowrocławiuFilm "Nie igraj z wodą" przypomina zasady bezpieczeństwaLatem 2022 z Inowrocławia do Przyjezierza autobusem. Wakacyjny rozkład jazdy!Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera
Perkusiści nie zawsze byli czołowymi postaciami, jeśli chodzi o różne zespoły rockowe albo jazzowe. Publiczność najczęściej ceniła wokalistów, gitarzystów albo saksofonistów. Było to miejscami krzywdzące, z uwagi na ich wysokie umiejętności. Niektórzy perkusiści byli jednak na tyle genialni, że przeszli do legendy i do dzisiaj są rozpoznawani na całym świecie. Którzy z nich odcisnęli trwałe piętno na historii muzyki? John Bonham John Henry Bonham – nazywany Bonzo, angielski perkusista rockowy, członek Led Zeppelin. | fot.: Autorstwa Dina Regine, CC BY-SA Led Zeppelin uważa się za jeden z najlepszych zespołów w historii rocka. Wszystkie płyty grupy uznawane są za rewolucyjne i sprzedały się w rekordowych nakładach. Nie wszyscy uważają jednak, że Robert Plant był najlepszym wokalistą swoich czasów, zaś Jimmy Page gitarzystą (choć mają swoich fanów). Wątpliwości nie ma jednak jeśli chodzi o perkusję. John Bonham niemal we wszystkich rankingach uznawany jest za najlepszego perkusistę muzyki rockowej. Sprawdzał się genialne zarówno w szybkich hard rockowych piosenkach, jak i nastrojowych balladach, gdzie potrafił stworzyć bardzo specyficzny klimat. Jego szalone solówki i popisy w „When the Leeve Breaks” czy „Moby Dick” robią wrażenie do dzisiaj. Buddy Rich Bernard „Buddy” Rich – amerykański perkusista jazzowy, lider zespołu Buddy Rich Big Band, znany z doskonałej techniki, niesamowitej prędkości oraz improwizacji | fot.: William P. Gottlieb, Public domain, via Wikimedia Commons Buddy Rich zaczął swoje występy już w 1945 roku i z czasem założył swój własny zespół. Buddy Rich Big Band grał klasyczny jazz, gdzie jednak wybijała się niesamowita improwizacja sekcji rytmicznej. Nie zdarza się często, że liderem zespołu zostaje perkusista. Buddy Rich silnie zrewolucjonizował grę na bębnach, co przyczyniło się do powstania free jazzu i innych odmian improwizacyjnej muzyki. Jego solówki trwały po kilka minut, gdzie podziw publiczności budzi niesamowita prędkość uderzeń. Rekordy popularności bije jego solo z Santa Domingo z 1982 roku, które odtworzono na YouTubie ponad 20 milionów razy. Bill Ward Bill Ward (trzeci od lewej): angielski perkusista i były członek heavymetalowej grupy Black Sabbath | fot.: Warner Bros. Records, Public domain, via Wikimedia Commons Warto wspomnieć również o muzyce metalowej, gdzie współcześni muzyki prześcigają się w szybkości grania na bębnach. Prawdziwą rewolucję w tym gatunku przeprowadził jednak Bill Ward, który nadał brzmieniu perkusji ciężaru. Muzyka Black Sabbath nie tylko stawiała na szybkość, ale również głębię grania. To właśnie oni spowodowali, że powstały tak klimatyczne odmiany metalu jak doom albo heavy. Każde uderzenie Warda brzmi wręcz złowieszczo i ciężko doszukać się podobnego stylu grania w przeszłości. Nie dziwi więc, że Bill Ward został nazwany ojcem metalowego stylu grania na perkusji. Keith Moon Keith Moon zmieniał muzykę rockową, zanim jeszcze dokonał tego John Bonham. Pierwszy album zespołu The Who, czyli „My Generation” był prawdziwym objawieniem brytyjskiej sceny w 1965 roku. Przyczynił się do tego specyficzny i buntowniczy styl zespołu, gdzie wrażenie robiła sekcja rytmiczna. Najważniejszą osobą był w niej niepokorny Keith Moon, który prowadził bardzo niemoralny tryb życia (co spowodowało jego śmierć już w 1978 roku). Z pewnością zainspirował wielu perkusistów lat 70-tych, którzy zaczęli grać punka. Jego styl łączył dużą szybkość z melodyjnością, której nigdy nie brakowało The Who. Współpracował z najlepszymi muzykami swojego pokolenia, żeby wspomnieć Jeffa Becka albo Johna Lennona. Moon zmarł kilka tygodni po wydaniu Who Are You, w wieku 32 lat. Neil Peart Neil Peart to kanadyjski perkusista rockowy i muzyk zespołu Rush | fot.: Autorstwa Weatherman90 at CC BY Peart był zdecydowanie jednym z najwybitniejszych perkusistów w historii rocka. Zasłynął jako perkusista i tekściarz zespołu Rush. Jego styl grania był jednocześnie swoistym nawiązaniem do sposobu gry Keitha Moona z zespołu The Who. Obaj wyróżniali się zarówno niezwykłym warsztatem, jak i nieskończoną kreatywnością w grze na perkusji. Peart w swojej twórczości umiejętnie łączył techniki z różnych gatunków, jego solówki były zdecydowanie mocnym punktem każdego występu Rush. W 2007 roku muzyk został sklasyfikowany na 22. miejscu listy 50 najlepszych perkusistów rockowych według „Stylus”. Z kolei w 2009 roku w plebiscycie magazynu „Drum!” po raz trzeci został wyróżniony tytułem „najlepszego perkusisty progrockowego”. Jak ważny był dla istnienia całej formacji Rush widać choćby po tym, że po decyzji muzyka o emeryturze zespół zawiesił działalność. Peart przez ponad 3 lata chorował na nowotwór mózgu. Zmarł 7 stycznia 2020 roku. MMI/ Grzegorz Kret – dzięki za uwagi
iStockŻółty Pies Zabawy Perkusista Bije Bębny - Stockowe grafiki wektorowe i więcej obrazów Białe tło - Białe tło, Brązowy, BębenPobierz tę ilustrację wektorową Żółty Pies Zabawy Perkusista Bije Bębny teraz. Szukaj więcej w bibliotece wolnych od tantiem grafik wektorowych iStock, obejmującej grafiki Białe tło, które można łatwo i szybko #:gm673915576$9,99iStockIn stockŻółty pies zabawy Perkusista bije bębny – Stockowa ilustracja wektorowaŻółty pies zabawy Perkusista bije bębny - Grafika wektorowa royalty-free (Białe tło)OpisYellow fun dog Drummer beats drums. Isolated on white vector cartoon illustrationObrazy wysokiej jakości do wszelkich Twoich projektów$ z miesięcznym abonamentem10 obrazów miesięcznieNajwiększy rozmiar:Wektor (EPS) – dowolnie skalowalnyID zbioru ilustracji:673915576Data umieszczenia:28 kwietnia 2017Słowa kluczoweBiałe tło Ilustracje,Brązowy Ilustracje,Bęben Ilustracje,Dowcip rysunkowy Ilustracje,Fajny Ilustracje,Grafika wektorowa Ilustracje,Granie Ilustracje,Ilustracja Ilustracje,Impreza rozrywkowa Ilustracje,Instrument muzyczny Ilustracje,Instrument perkusyjny Ilustracje,Muzyk Ilustracje,Muzyka Ilustracje,Pałka perkusyjna Ilustracje,Perkusista Ilustracje,Pies Ilustracje,Pionowy Ilustracje,Przedstawienie - Pojęcia Ilustracje,Pokaż wszystkieCzęsto zadawane pytania (FAQ)Czym jest licencja typu royalty-free?Licencje typu royalty-free pozwalają na jednokrotną opłatę za bieżące wykorzystywanie zdjęć i klipów wideo chronionych prawem autorskim w projektach osobistych i komercyjnych bez konieczności ponoszenia dodatkowych opłat za każdym razem, gdy korzystasz z tych treści. Jest to korzystne dla obu stron – dlatego też wszystko w serwisie iStock jest objęte licencją typu licencje typu royalty-free są dostępne w serwisie iStock?Licencje royalty-free to najlepsza opcja dla osób, które potrzebują zbioru obrazów do użytku komercyjnego, dlatego każdy plik na iStock jest objęty wyłącznie tym typem licencji, niezależnie od tego, czy jest to zdjęcie, ilustracja czy można korzystać z obrazów i klipów wideo typu royalty-free?Użytkownicy mogą modyfikować, zmieniać rozmiary i dopasowywać do swoich potrzeb wszystkie inne aspekty zasobów dostępnych na iStock, by wykorzystać je przy swoich projektach, niezależnie od tego, czy tworzą reklamy na media społecznościowe, billboardy, prezentacje PowerPoint czy filmy fabularne. Z wyjątkiem zdjęć objętych licencją „Editorial use only” (tylko do użytku redakcji), które mogą być wykorzystywane wyłącznie w projektach redakcyjnych i nie mogą być modyfikowane, możliwości są się więcej na temat obrazów beztantiemowych lub zobacz najczęściej zadawane pytania związane ze zbiorami ilustracji i wektorów.
Zawód perkusisty to nie jest najłatwiejszy kawałek chleba. Powszechnie wiadomo, że wokaliści i gitarzyści wzbudzają największe zainteresowanie fanów, a perkusiści zwykle instalują się z tyłu sceny, ledwo widoczni zza swoich zestawów. Są oczywiście również gwiazdy wśród bębniarzy, jednak zwykle to nie na nich skupia się uwaga. A przecież wykonują oni pracę, która wymaga finezji, umiejętności napędzenia utworu i rozruszania słuchaczy. Jest to więc zawód z definicji dla ludzi nie oczekujących tego, że będą powszechnie kochani, doceniani i wielbieni. Są jednak tacy, którzy dali się poznać jako wspaniali muzycy, zostali jak najbardziej docenieni przez kolegów muzyków, byli lub są angażowani do najlepszych zespołów, grali lub grają z największymi gwiazdami, niemniej szeroka publiczność, a nawet wielbiciele perkusji, często nie znają ich nazwisk, choć nieraz słyszeli ich świetne groove’y położone do wielkich przebojów i klasycznych utworów. Właśnie takim perkusistom poświęcamy niniejszą listę. Niedawno popełniliśmy zestawienie dziesięciu najbardziej niedocenianych polskich bębniarzy, co może się wydawać zadaniem karkołomnym biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy i mamy w naszym kraju o wiele więcej świetnych zawodników. Tym bardziej niemożliwe wydaje się wybranie dziesięciu podobnych postaci na całym świecie. Traktujcie zatem ten artykuł jako subiektywny wybór i hołd dla wszystkich mistrzów drugiego planu, którzy nie spotkali się z tak powszechnym uznaniem, na jakie zasłużyli. 10. Chris Joyce Współzałożyciel i perkusista zespołu Simply Red w latach 80. Zapytacie może: “A cóż wielkiego facet zagrał?“. Kto usiądzie do bębnów i zagra “If You Don’t Know Me By Now” z taka kulturą wykonawczą, brzmieniem werbla “z łapy” i bez przyspieszania, będzie miał prawo coś takiego powiedzieć. Gwarantuję Wam jednak, że właśnie taka osoba nic takiego nie powie. Pozostali niech po prostu przyjmą do wiadomości, że to angielski muzyk, który debiutował w czasach eksplozji punk rocka, ale (jak wielu członków angielskich kapel punkowych z końca lat 70.) był świetnie obeznany z klasyką soulu i jazzu, co słychać doskonale na płytach Simply Red nagranych z jego udziałem. 9. Sterling Campbell Uczeń znajdującego się na piątym miejscu naszego zestawienia Dennisa Davisa. Współpracował z gwiazdami takimi jak: Cyndi Lauper, Duran Duran, Soul Asylum, The B52’s, David Byrne, a w latach 1992 – 2004 był stałym członkiem grupy wspierającej Davida Bowie. Posłuchajcie tylko, jak pięknie płynie “China Girl” w jego wykonaniu z 2002 r. 8. Larrie Londin Dziś trochę zapomniany. Naprawdę nazywał się Ralph Gallant. Zaczynał jako sesyjny perkusista wytwórni Motown, gdzie zastępował jednego z Funk Brothers – wracającego do zdrowia po zawale serca Benny’ego Benjamina. Wtedy współpracował z takimi gwiazdami jak The Supremes, The Temptations, Marvin Gaye, The Four Tops, Smokey Robinson, Wilson Pickett. Po przeprowadzce do Nashville stał się jednym z najbardziej poszukiwanych sesyjnych bębniarzy sceny country. Występował i nagrywał z Elvisem Presley’em w końcowym okresie jego życia i kariery. Zmarł w 1992 r. na skutek ataku serca, którego doznał po zakończeniu prowadzonej przez siebie kliniki perkusyjnej. 7. Keith Forsey Angielski perkusista, kompozytor i producent. Zaczynał w Niemczech, gdzie producent Frank Farian zaangażował go jako sesyjnego perkusistę do nowego projektu, który nazwano Boney M. Zagrał na wszystkich klasycznych płytach grupy, a więc numery takie jak “Daddy Cool“, “Ma Baker“, “Belfast“, “Rasputin“, “Rivers Of Babylon“, “Gotta Go Home” to jego robota. Pracując z producentem Georgio Moroderem wystąpił w nagraniach klubowych Donny Summer, w tym przeboju “Bad Girls“. Wraz z Moroderem napisał wielki przebój “What A Feeling“. Jako samodzielny producent, współkompozytor lub autor tekstów miał wkład w sukces takich artystów jak Billy Idol (płyty “Billy Idol” i “Rebel Yell“), Simple Minds (przebój “Don’t You (Forget About Me)“, Limahla (hit “Neverending Story“). 6. Tony Thompson Perkusista zespołu Chic, który zagrał na wszystkich wielkich hitach grupy (“Dance Dance Dance“, “Everybody Dance“, “Le Freak“, “I Want Your Love“, “Good Times“). Jako muzyk sesyjny położył ścieżki do takich przebojów jak choćby “We Are Family” Sister Sledge, “Upside Down” i “I’m Coming Out“, “Like A Virgin” i “Material Girl” Madonny oraz “Addicted To Love” Roberta Palmera. Był członkiem zespołu Power Station. Podczas koncertu Live Aid 13 lipca 1985 r. wziął udział w reaktywacji grupy Led Zeppelin (zagrał razem z Philem Collinsem). Słynął z potężnego uderzenia. Zmarł na raka nerek w 2003 r. 5. Dennis Davis Uczeń Maxa Roacha i Elvina Jonesa, a nauczyciel Sterlinga Campbella. Zaczynał w big bandzie Clarka Terry’ego, współpracował z takimi artystami jak Roy Ayers, George Benson, Stevie Wonder, Iggy Pop. W latach 1975 – 1980 zagrał na wszystkich płytach Davida Bowie. To oznacza, że klasyki takie jak “Fame“, “Wild Is The Wind“, “Heroes“, “Ashes To Ashes” czy “Fashion” tak wspaniale płyną dzięki jego grze. Brzmienie jego werbla, które wykorzystano podczas nagrań albumu “Low” należy do biblioteki klasycznych brzmień i sampli perkusyjnych. Wielokrotnie był członkiem zespołu koncertowego Davida Bowie, zarówno jako perkusista, jak i perkusjonista. Zmarł na raka w 2016 r. 4. Dennis Bryon Zaczynał z zespołem Amen Corner, który w 1969 r. wylansował przebój “(If Paradise Is) Half As Nice“. Znany jest głównie ze współpracy z grupą Bee Gees w latach 1974 – 1979, co znaczy, że to do jego groove’ów tańczył cały świat w tym okresie. Wystarczy tylko wymienić takie tytuły jak: “Jive Talkin‘”, “You Should Be Dancing“, “Stayin’ Alive“, “How Deep Is Your Love“, “Night Fever” czy “Tragedy“. Był także współproducentem solowej płyty Robina Gibba “How Old Are You“, zawierającej hit “Juliet“. 3. Ola Brunkert Szwedzki odpowiednik Dennisa Bryona. Wraz z basistą Rutgerem Gunnarssonem wystąpił na wszystkich płytach zespołu ABBA. W studio pojawiali się jeszcze inni (np. Roger Palm, Per Lindvall, czy Joe Galdo), jednak to głównie jego groove’y były podstawą do tanecznych wyczynów naszych rodziców i dziadków. Był częścią koncertowego bandu ABBY podczas wszystkich ważnych występów i tras grupy, a więc było go słychać i widać podczas wykonania “Waterloo” na Eurowizji w 1974 r., podczas słynnej trasy po Australii (1977) oraz światowej trasy w 1979 i 1980 r. Zmarł w 2008 r. na skutek obrażeń doznanych po upadku we własnym domu. 2. Fred White, Maurice White, Ralph Johnson Zagrali na perkusji i instrumentach perkusyjnych na wszystkich klasycznych płytach Earth Wind & Fire, a więc potężne groove’y położone pod takie klasyki jak “Fantasy“, “Shining Star“, “That’s The Way Of The World”, “September“, “In The Stone” czy “After The Love Has Gone” to ich robota. Nic tylko słuchać i się zachwycać… Ralph Johnson pozostaje aktywnym członkiem EW&F do dziś. Maurice White zmarł w 2016 r. na chorobę Parkinsona. 1. Ringo Starr Perkusista najpopularniejszego zespołu w historii, który grał wszystko to, co było w tej wspaniałej muzyce potrzebne do zagrania. To najwyższy poziom gry dla piosenki, który jednak przez wielu bębniarzy nie jest tak doceniany jak powinien. Jeśli Alan White (od 1972 r. bębniarz Yes), który naprawdę potrafi zagęścić grę, w pokoleniowym hymnie Johna Lennona “Imagine” zagrał wyłącznie to, co było potrzebne, to przecież ewidentny hołd dla podejścia i stylu gry Ringo. Share
bije w nie perkusista